Wraz z rozwojem sieci społecznościowych w Internecie pojawiło się wiele poradników omawiających kwestie ochrony prywatności. Możemy się dowiedzieć, że publikując zdjęcia z mocno zakrapianej imprezy możemy zaszkodzić swojej karierze zawodowej, a przez ujawnieniu całemu światu swojego adresu oraz terminu wyjazdu na wakacje prosimy się o obrabowanie mieszkania.

Portale społecznościowe radzą sobie z ochroną prywatności całkiem nieźle. Większość umożliwia określenie tego co chcemy opublikować, a co nie i co jest widoczne dla wszystkich, a co tylko dla przyjaciół.

Okazuje się jednak, że nawet publikacja tak niewinnych danych jak lista przyjaciół może być niebezpieczna jeśli chcemy zachować prywatność w sieci. Dwaj studenci z MIT przeprowadzili badania nad możliwością pozyskania pewnych wrażliwych danych, których nasi wirtualni znajomi nigdy nie chcieliby ujawniać w serwisach społecznościowych.

Projekt nazwany Gaydar wyglądał tak: otwieramy serwis społecznościowy (tutaj był Facebook, ale Nasza-klasa też może być) wybieramy grupę ludzi, która będzie miała wiele połączeń (kilka roczników z jednej szkoły), a następnie zbieramy informacje upublicznione przez te osoby i zapuszczamy na nich fajne algorytmy statystyczne. Jak sama nazwa projektu wskazuje studenci byli zainteresowani dowiedzeniem się, którzy ze znajomych są gejami. Ponieważ kilka osób otwarcie się do tego przyznawało możliwe było obliczenie prawdopodobieństwa bycia homo- lub heteroseksualistą pozostałych badanych.

Mimo, że projekt nie miał cech badań naukowych, studenci twierdzą na podstawie informacji własnych o badanych, że algorytm całkiem sprawnie wykrył gejów, którzy nie ujawnili swojej orientacji w serwisie. Wszystko przy oparciu prawie wyłącznie o upublicznione listy znajomych – na zasadzie, że ludzie podobni do siebie częściej mają się w kontaktach niż niepodobni.

Ponieważ lista znajomych to coś czego większość serwisów nie ukrywa to następnym razem wypadałoby się nieźle zastanowić przed dodaniem osoby, którą słabo znamy. Nie wspominając już o wirtualnych profilach wielbicieli (fanów) tego i owego, które mogą być znacznie skuteczniejsze w rozpoznawaniu podobieństw między ludźmi.

dodajdo

W tym samym czasie kiedy podjąłem decyzję o prowadzeniu własnego bloga (a nawet dwóch) postanowiłem też wrócić do pewnego projektu sklepu internetowego, o którym wkrótce coś pewnie napiszę.

Jak wiadomo sklep internetowy wymaga wyłożenia na początku trochę pieniędzy na reklamę. Postanowiłem więc potestować różne formy reklamy, mimo że mój sklep nie jest jeszcze do końca gotowy. Na pierwszy ogień poszły AdWords oraz swego rodzaju nowość na rynku – AdTaily.

Pierwsze wrażenie z użycia Adwords? Jest niezwykle skomplikowane. Jest to prawdopodobnie moja wina bo wydaje mi się, że gdzieś po drodze kliknąłem w jakąś opcję mówiącą, że bardzo bym chciał mieć dostęp do skomplikowanego panelu zarządzania. Chciałem to mam. Udało mi się co prawda wyklikać testową kampanię/reklamę w 2-3 minuty ale chwilowo się zniechęciłem i postanowiłem przyjrzeć się alternatywom.

Tak jak pisałem, znalazłem gdzieś informację o nowym graczu na rynku polskiej reklamy internetowej – AdTaily. Moje pierwsze wrażenie? Wow! Reklamy są proste i nieinwazyjne, a jednocześnie dają grafikowi szanse się wykazać. Co jednak spodobało mi się najbardziej to sama idea błyskawicznego jej zamówienia wprost ze strony, na której miałaby się pojawić. Mimo, że bardzo proste to jednak niesamowite, że nikt wcześniej nie wpadł na ten świetny pomysł. No chyba, że wpadł, a po prostu łapał się przez długie miesiące lub lata na mojego AdBlocka i nie dane mi było go poznać wcześniej ;)

Po krótkiej chwili skończył się jednak mój zachwyt gdyż mimo świetnego pomysłu oraz dobrej technologii dla tego rodzaju start-upa (gdzieś wyczytałem, że całość opiera się o Railsy) to jednak wykonanie jest moim zdaniem słabiutkie. Serwis aż prosi się o dodanie wielkiej nalepki „Beta”. Nie będę wyliczał konkretnych braków i błędów zwłaszcza, że na forum projektu wyczytałem, że programiści i PR-owcy zdają sobię sprawę z większości problemów i obiecują naprawić „w kolejnej iteracji”.

Pozostaje jeszcze tylko jedna kwestia, która poruszyła pierwszych użytkowników tej sieci. Bardzo mała możliwość określenia efektywności zamówionej reklamy. Jedyną sposobem jest robienie testów (kupowanie testowej reklamy na jeden dzień). Oczywiście przy założeniu, że mamy czas, chęci, możliwości i pieniądze na testy i analizę statystyk. Ja nie mam.

Nie wiem czy autor bloga o kilkutysięcznej miesięcznej odwiedzalności żąda kilkunastu złotych za dzień reklamy dlatego, że statystyki serwisu są popsute i rzeczywisty ruch jest dużo większy (lub może bardziej wartościowy dla mnie jako reklamodawcy), czy też naczytał się bajek o zarabianiu milionów na blogach.

Twórcy projektu wspominają coś o niewidzialnej ręce rynku. Niestety zdają się niezauważać, że przy takiej skali – gdzie setki lub tysiące wydawców będzie spotykać podobną ilość reklamodawców niewidzialna ręka rynku nie zadziała. No chyba, że wprowadzony zostanie system komentarzy jak na Allegro, gdzie kupujący będą mogli ocenić współpracę ze sprzedającymi (i na odwrót) oraz jej efekty.

Mimo tych wszystkich niedoskonałości życzę ludziom z AdTaily jak najlepiej zwłaszcza, że ciąglę myślę o projekcie, który połączy dwie grupy ludzi przez internet w bardzo podobny sposób. Będę śledził więc rozwój firmy. Co do własnej reklamy – to pomęczę się na razie z AdWordsami i poczekam na poprawę funkcjonalności AdTaily. W międzyczasie znajdę może czas na jakieś testy.

dodajdo